wtorek, 27 kwietnia 2010

Dekster - psia historia od początku

Urodziłem się... no właśnie, urodzić się musiałem, bo przecież jestem. Ale kiedy i gdzie, tego nie wiem, nie znam swojej psiej mamy, o tacie nawet nie wspomnę. Nie wiem też, czy miałem jakieś rodzeństwo i gdzie ono teraz jest.

Nie pamiętam, czy byłem szczeniaczkiem, tłustą czarną kluchą, pewnie musiałem, bo moja pani mówi, że każdy pies jest maluchem najpierw, nawet taki duży, jak ja. Nie wiem, co było kiedyś, odkąd pamiętam, to mój świat był za kratami, siatką, prętami, przychodzili ludzie, mówili rottweilery to wredne psy, zobacz, jaki wielki bydlak, ale killer. Rodzice mówili do dzieci - uważaj, nie wyciągaj rączki do niego, bo ci ją odgryzie. A ja siedziałem, słuchałem tego i robiłem się coraz smutniejszy, bo
tylko ja wiedziałem, że jestem dobry i chcę kochać ludzi. Ale oni mnie nie chcieli.

Nawet psy nie były dla mnie przyjaciółmi, nie umiałem się bronić, bo byłem za łagodny, a one to wykorzystywały i mnie gryzły. I zawsze ja za to obrywałem od tych ponurych panów, co sprzątali nasze klatki, bo jestem wielki i wredny. Chyba nawet chciałem być wredny, bo chociaż wtedy ludzie zwracali na mnie uwagę. Czasem byłem w pojedynczym boksie i czułem się samotny, czasem z innym psem i wtedy najczęściej stawałem się ofiarą jego zębów. Ludzie przychodzili i odchodzili, czasem ktoś zabrał
jakiegoś szczeniaczka, a mnie wciąż nikt nie chciał.



Aż któregoś dnia przyszła ona, Gosia, cichutka, drobna dziewczyna z nieśmiałym uśmiechem i duszą lwicy, a ja wpatrzyłem się w nią jak w obraz. Coś drgnęło w moim psim sercu, gdy po raz pierwszy usłyszałem, że jestem dobrym psem. I stał się cud, wyszedłem na spacer, tylko z nią, wszystkie psy w schronisku mi zazdrościły. A potem znowu się na mnie rzuciły, pogryzły mnie, uszy miałem w strzępach, leciała ze mnie krew, ale warto było, teraz już miałem na co i na kogo czekać. I zaświeciło dla mnie psie słońce, wielkie i okrągłe jak plaster różowej szynki z moich snów.
Coraz więcej ludzi zaczęło się koło mnie kręcić, różne dziewczyny, duże i małe zaczęły mnie wyprowadzać na spacery, a ja coraz częściej się uśmiechałem. Nauczyłem się przytulać do ludzi, nie bałem się już samochodów i tramwajów. No dooobra, prawie się nie bałem, a na pewno już mało.
Potem przyszła do mnie jeszcze jedna, ta była duża, ale głos też miała miękki i ciągle mówiła do mnie, jakaś taka rozgadana. Ależ z nią miałem zaprawę po górkach, nigdy jej nie bolały łapy, ale dawała mi odpoczywać z głową na swoich kolanach, a ja wtedy szczęśliwy przysypiałem. Pozwalała mi biegać bez smyczy po lesie, a ja jej bardzo pilnowałem, żeby się nie zgubić. Potem zaczęli mnie przenosić z boksu do boksu, a ja albo gryzłem innych, albo sam byłem gryziony. Któregoś dnia ta duża chciała wziąć Minosa na spacer, a my z Ezopem wyskoczyliśmy z boksu, żeby też się załapać. Opiekun wziął nas i rzucił na beton do klatki, Ezop rzucił się na mnie i chciał zagryźć, wściekły, że to nie on miał iść na spacer. Duża wpadła jak burza do kojca, złapała nas i rozdzieliła, ale potem musiała iść, bo nie pozwolili jej już na żadne spacery. Ezop znowu na mnie skoczył, ale ona nakrzyczała na niego i nie pozwoliła mnie gryźć. A mi powiedziała, że moja łapa tu dłużej nie postanie i coś wymyślą z moją Gosią. I zostałem, cały umazany po walce w psich kupach, ale wiedziałem, że to już koniec moich problemów, bo one zawsze mówiły mi prawdę i jak coś obiecały, to zawsze tak było.

I wymyśliły! Następnego dnia Gosia przyszła po mnie i zabrała do TOZu do kojca i powiedziała mi na psie ucho, że to już koniec moich problemów i że ta duża gaduła będzie moją nową panią. I stał się kolejny cud, zostałem przez nią wsadzony do auta po południu i zawieziony do jakiegoś miejsca, gdzie musiałem iść pod górę, ona mówiła, że to schody i nazywała to domem. Dostałem dwa kocyki, miskę, wykąpali mnie i zacząłem nowe życie.

A co było dalej, to opowiem Wam następnym razem, bo teraz muszę lecieć na wieczorny spacer.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz