Mój dzisiejszy powrót do domu znów obfitował w niespodzianki. Wychodząc na cztery godziny do pracy, zostawiłam Pana Psa wyspacerowanego, z jedzonkiem i piciem w klatce, zamkniętego na dwa skoble poparte argumentem dodatkowym w postaci kłódki gerda.
Wracając otwieram spokojnie drzwi, myśląc o wypuszczeniu psa z klatki, bo biedaczek tyle grzecznie siedział w niej, a tu w drzwiach wita mnie psia morda, szybkim szczupakiem wypadająca na klatkę schodową; nim osłupiała zdążyłam pomyśleć logicznie, on już był na strychu.
Doprowadzony ciupasem do poziomu parteru, potoczył dumnie wzrokiem, oczekując pochwał za dobrze wykonaną pracę, czyli wyjście z w dalszym ciągu zamkniętej na kłódkę klatki, pogryzioną w kawałeczki miskę, porwany ręcznik, zerwany korek na drzwiach wejściowych, wywalony kwiatek i mieszankę tego wszystkiego z chrupkami i wodą misternie przygotowaną wewnątrz klatki. A tu masz, nie pochwalili, powiedzieli, że fe, że pies niedobry (ciekawe, którego mieli na myśli, jak cała praca była wykonana porządnie nad wyraz, z dbałością o drobiazgi). A przecież nie taki zły, wszak mógł ponownie dać oknem w długą, a jednak już tego nie zrobił, znaczy, przyzwyczaja się pomału.
Zwyczajnie i po prostu, czego nie przewidziałam, pies rozwalił pyskiem spaw i tamtędy się wydostał, przypłacając to kawałkiem skóry i futra z ucha.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz