sobota, 1 maja 2010

Dekster - pierwszy baardzo skomplikowany dzień w nowym domu... (22.04.2010)

Moje nowe pieskie życie nie zaczęło się najlepiej, od razu dałem plamę, do dzisiaj mi wstyd.
Ponieważ moja nowa pani musiała jeszcze iść na trzy godziny do pracy (nie mam pojęcia, co to jest praca, ale ciągle tam przepada), zostawiła mnie samego w domu. No dobra, samego to może lekka przesada, były jeszcze ze mną dwa koty, ale czy to jest towarzystwo dla szanującego się psa? Koty były zresztą w innym pokoju, może ona myślała, że je zjem? Kto by jadł takie mocno futrzaste stwory? To już lepiej było wyjadać to, co pani im dawała do jedzenia. Mięsko było pyszne, mokre i pachnące, tylko te kociochrupki to kiepskie jakieś. Pachną gorzej niż moje, a jak próbowałem mimo to je zjeść, to wciągnąłem je sobie do nosa i kichałem potem długo. Obrzydliwość, kto to takie małe robi?? Te koty to jakieś wolne w jedzeniu, zawsze z nimi wygrywałem wyścig do ich misek. Jeden i tak za gruby, to nie musi przecież tyle jeść, a ten rudy to i tak nic nie je, tylko wącha. On wąchał, a ja jadłem, tak kilka razy, ale pani zabrała miski i postawiła tam, gdzie nie dałem rady sięgnąć. Bo wcześniej, jak postawiła na blat to spoko sobie pyskiem sięgnąłem :-)).

Ale o czym to ja miałem szczekać? No właśnie, pani poszła do pracy, ja najpierw poleżałem sobie na wielkim wysokim kocu, ona mówi, że to łóżko i że nie wolno psu na nie włazić, a sama to na nim leży, jak jest ciemno. Nie wolno, jak widzi, a jak jej nie ma to chyba mogę? No bo wtedy, to nie zabrania, więc na pewno mogę. Poleżałem, poprzewracałem się na boki, ale ile można, no i co to za przyjemność, jak nikt nie widzi, jak się panoszę? Czekałem, a ona nie wracała, myślałem, że mnie zostawiła samego już na zawsze, a ja nie chcę więcej być sam. Stanąłem na łapach, spojrzałem przed siebie, widziałem, jak ludzie chodzili i psy chodziły sobie też. Ona pewnie też tam gdzieś jest. Widziałem wszystko, ale coś mnie nie puszczało, próbowałem wskoczyć do tego, co było przede mną, posypały się kwiaty i ziemia, narobiły rumoru, a ja ciągle nie mogłem wyjść. Zacząłem drapać łapami, i nagle... udało się, zrobiłem czarodziejską dziurę w ścianie, poczułem zapach powietrza i byłem wolny.
Pobiegłem jej szukać, ale nigdzie nią nie pachniało, na początku było bardzo fajnie, mogłem robić co chciałem, dookoła było dużo krzaków, trawy, drzew, ale pędziłem coraz szybciej i coraz dalej i nie mogłem jej znaleźć. Nie wiedziałem, gdzie jestem, nie było nic znajomego, w niektórych miejscach bardzo szybko pędziły jakieś duże i hałaśliwe stwory z wielkimi żółtymi ślepiami, dużo ich było, brzydko pachniały, warczały głośniej niż ja, a ja coraz bardziej się bałem, że mnie złapią. Zaczynało się już pomału robić ciemno, coraz bardziej panikowałem, bo gdzie ja będę spał, bo co ja będę jadł, aż nagle... Stanął przede mną jeden z tych potworów wielkoślepiastych i usłyszałem znajomy głos, a raczej dwa głosy, które mnie wołały. To była Gosia i moja nowa pani. Pomyślałem sobie, że będą na mnie złe, ale cieszyły się, że jestem. Nie chciały zabrać mnie do mojego nowego domu, tylko pojechałem na noc do klatki, ale nie tej z niedobrymi psami, tylko do takiej, gdzie byłem sam. Nie chciałem tam zostać, tylko wracać do domu, robiłem słodkie ślepia, ogon mało mi nie odpadł od merdania, jaki to ja jestem już grzeczny, a one nic. Mam zostać i już, nie ma zmiłuj się, a jak się baby uprą, to nic się zrobić nie da. No to zostałem, choć mi się to wcale nie podobało. Za to pół miasta wiedziało, że mnie zostawiły, bo ujadałem tak długo, aż zostałem sam. Moja pani powiedziała tylko, żebym już lepiej nic nie kombinował, a jutro po mnie przyjdzie i znowu mnie zabierze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz